W końcu prawdziwa wiosna!
Wyglądam rano przez okno, a tu słonko świeci, niebo bezchmurne i temperatura 18 stopni ciepła. Wiatru nie było, ale wywiało mnie  z domu. Wymyśliłam sobie szybko, jaki jest powód, aby iść do sklepów. Właśnie zaczęła mi się robić opryszczka na ustach. - Trzeba kupić spiritus salicylowy i maść z antybiotykiem - pomyślałam. Sprawa ogromnie ważna i nie jest istotne, że opryszczka już przysycha. Zawsze jak jest jakiś powód, to i motywacja jest większa. 
Wzięłam chodzik, bo mam kłopoty z chodzeniem i poszłam żwawym krokiem. A tu dokoła zieleń, zapach świeżości, słonko grzeje, prawdziwy maj. Nawet nie było mi zimno w nogi, choć na bose stopy założyłam same sandałki. Ludzie wkoło uśmiechnięci, życzliwi dla siebie.
 - Dzień dobry! Pięknie dziś. Prawda?  Miłego dnia!, Wszystkiego najlepszego!
Zniknęło gdzieś zmęczenie, niezadowolenie i patrzenie krzywym okiem na wszystko dokoła. Zbudziła  się dziecięca radość.

A ja teraz siedzę w domu przed komputerem i zastanawiam się nad tym, co sprawia, że ten sam świat,   który jest dokoła nas i który dziś jest taki sam jak wczoraj, odbieramy tak różnie, w zależności od nastroju, od życzliwości otaczających nas ludzi i od czegoś trudnego do zdefiniowania - czyli czegoś  nieznanego. I co mieści się w tym nieznanym?
Myślę, że wiersz - "Z lat dziecięcych" Bolesława Leśmiana ma w sobie klimat, który budzi się dziś nawet u starszych już ludzi. 
I być może w pierwsze piękne, ciepłe dni wiosny wszyscy czujemy się lepsi i młodsi, niezależnie od naszego wieku. Czy właśnie na tym polega urok wiosny? Być może.
         
Bolesław Leśmian

Z lat dziecięcych

Przypominam – wszystkiego przypomnieć nie zdołam:
Trawa…za trawą – wszechświat… A ja – kogoś wołam.
Podoba mi się własne w powietrzu wołanie -
I pachnie macierzanka – i słońce śpi-w sianie.

A jeszcze?  Co mi jeszcze z lat dawnych się marzy?
Ogród, gdzie dużo liści znajomych i twarzy -
same liście i twarze! … Liściasto i ludno!
Śmiech mój – w końcu alei.  Śmiech stłumić tak trudno!

Biegnę , głowę gmatwając w szumach , w podobłoczach!
Oddech nieba mam – w piersi! – Drzew wierzchołki -w oczach!
Kroki moje już dudnią po grobli – nad rzeką.
Słychać je tak daleko! Tak cudnie daleko!

A teraz – bieg z powrotem do domu – przez trawę -
I po schodach, co lubią biegnących stóp wrzawę…
I pokój, przepełniony wiosną i upałem,
I tym moim po kątach rozwłóczonym ciałem-

Dotyk szyby – ustami…Podróż w nic , w oszklenie -
i to czujne, bezbrzeżne z całych sił – istnienie!

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

O Matko kochana