Środa, czyli środek tygodnia.

Ze szczęściem czasem bywa tak, jak z okularami, szuka się ich, a one siedzą na nosie. - Phil Bosman

Ciekawa jestem, jakie chwile będą dzisiaj moim udziałem. Bo dzień składa się z poszczególnych chwil a życie to także ileś tych chwil. Dobrze by było, gdyby do tych poszczególnych, wybranych chwil można było powrócić za jakiś czas nie tylko w wyobrażeniach, ale także w rzeczywistości. Taka myśl przeleciała mi przez głowę i natychmiast przyszło zastanowienie. Czy rzeczywiście byłoby wtedy dobrze? Może jednak lepiej łapać chwile na bieżąco i smakować je teraz, tu.

Jest wczesny ranek. Dochodzi godzina ósma. Siedzę przed komputerem i myślę o tym, czym by tu się dzisiaj zająć. Nic ciekawego nie przychodzi mi do głowy. Raczej pojawia się praca do wykonania. Trzeba przegracować truskawki, które właśnie zaczynają owocować, trzeba zebrać poziomki i pomidorki koktajlowe. A przede wszystkim trzeba zająć się jesiennym porządkowaniem tarasu. Wszystko - trzeba. A co bym chciała? Chyba dziś z chęcią zrobię to, co trzeba.  

Jestem  mocno już starszą panią. Mam różne swoje dolegliwości, ale kto ich nie ma. Ważne jest to, że żyję ja i moi bliscy. Ważne jest, że mózg pracuje mi prawidłowo, że wciąż uczę się nowych rzeczy i że różnych nowych doznań doświadczam.

No i to, co napisałam, zabrzmiało, jak afirmacja życia we wszelkich jego przejawach. I dobrze. Może to życie trzeba dostrzegać poprzez różne możliwości, które pojawiają się przed nami, a my wykorzystujemy je lub nie w zależności od nastroju, chęci i okoliczności.

Wstaje nowy dzień. Jest cicho i spokojnie. I niech tak będzie. I niech towarzyszą nam pogodne, ciepłe tony pięknej muzyki w mistrzowskim wykonaniu Ernesto Cortazara. 

Secrets of my heart - Ernesto Cortazar.



 

Straszne, co przyroda potrafi.

Wczoraj i w telewizji i w internecie zobaczyłam skutki przejścia trąby powietrznej przez Pomorze. Widok straszny. Wiele hektarów położonych drzew. A chwilę wcześniej, wśród tych rosnących  jeszcze drzew, były namioty harcerzy. Był gwar dzieci i pewno nadzieja na przeżycie emocjonującej przygody wśród rówieśników. To, co się wydarzyło kilka chwil później było tak straszne, że aż prawie nieprawdopodobne. Nagle straszliwy kataklizm, śmierć dwóch dziewczynek przygniecionych padającymi drzewami, wiele rannych i przerażonych dzieci i rozpaczliwa próba dorosłych opiekunów, którzy starali się ratować ocalałych harcerzy. I to się wydarzyło w Polsce, w kraju, gdzie kataklizmy pogodowe o takiej skali zniszczenia zdarzają się rzadko - na szczęście.
Jestem myślami z tymi dziećmi i z ich opiekunami. Myślę, że po takim przeżyciu dochodzenie ich wszystkich do pełnej równowagi psychicznej będzie musiało potrwać i pewno będą musieli włączyć się w to specjaliści - psycholodzy.

Przyroda. Uważam, że wciąż jeszcze nie doceniamy jej siły i nieprzewidywalności. Zachowujemy się jak dzieci, które nie potrafią przewidzieć, jakie skutki może mieć nadmierne ingerowanie w jej prawa. A skutki mogą być tragiczne i dalekosiężne.

Zrobiło się jakoś szaro i smutno. Wyglądam przez okno. Jest cisza, spokój. Niebo zasnute szarymi chmurami. Drzewa stoją bez ruchu. Nie widać nawet ruszających się liści. To, co jest za oknem wygląda jak obraz namalowany przez świetnego malarza. Z dala słychać głosy zwołujących się ptaków, które szykują się już do odlotu.

Edvard Grieg - Peer Gynt Suites - 1 and 2


Wszystko się zmienia.

 Napisałam w tytule wpisu, że wszystko się zmienia i od razu przyszła mi do głowy myśl, że to zdanie nie ma wielkiego sensu. Wszystko, czyli co? Co to znaczy - wszystko? Wszystko - to zwykły ogólnik, w którym treść jest niejasna, rozmyta. Nie lubię posługiwać się ogólnikami, a jeśli już, to stosuję je bardzo oszczędnie i tylko tu, gdzie trudno je zastąpić jakimś innym bardziej ścisłym określeniem.
Lubię przyglądać się językowi polskiemu, analizować w nim różne konstrukcje językowe. Uważam, że nasz język jest bardzo bogaty i piękny. Nauczyłam się na język patrzeć uważnie.

I nagle ni z gruszki, ni z pietruszki urywa mi się myśl w głowie, bo właśnie zabrakło mi wyrazu, aby wyrazić dokładnie treść. Przy czym czuję, że słowo mam na końcu języka, prawie go widzę, a nie mogę znaleźć w głowie jego nazwy. Co gorsza im bardziej się koncentruję na poszukiwaniu w swoich zasobach umysłowych potrzebnego mi wyrazu, tym bardziej on się chowa w mroku. Zupełnie jak w powieści Alana Aleksandra Milne'a Chatka Puchatka: ''... im bardziej Puchatek zaglądał do środka, tym bardziej tam Prosiaczka nie było"...
Taka nagła blokada w mózgu zwykle wywołuje u mnie ogromny niepokój. Mam już swoje lata i to, co kiedyś szło na karb roztargnienia, czy zmęczenia teraz zaczyna się już nazywać inaczej. Pojawia się  groźna nazwa - demencja.

Pamiętam takie wydarzenie sprzed wielu lat.
 Rano, przed pójściem do pracy, w pośpiechu szykowałam śniadanie dla rodziny. W pewnym momencie skaleczyłam się w wielki palec u nogi. Szybko palec owinęłam i poszłam do pracy. Cały dzień palec mi dokuczał. Wieczorem, przed położeniem się do łóżka weszłam do ubikacji, usiadłam na sedesie i spojrzałam w dół. Wielki palec u jednej nogi był skaleczony, a u drugiej nogi - owinięty. Ile później było śmiechu. Ja się śmiałam, śmiały się moje koleżanki, którym opowiedziałam przygodę, śmiała się moja rodzina. Do głowy mi nawet nie przyszło, że to może być demencja. To był pospiech, rozkojarzenie, ale nie żadna choroba. Teraz, w podobnych sytuacjach, najpierw myślę ze strachem o demencji, a dopiero później o rozkojarzeniu, czy zmęczeniu.
Zmieniło się ocenianie takiej samej sytuacji, jak kiedyś lub podobnej. I ta obecna ocena niesie ze sobą niepokój.

 Na odegnanie wszystkich mroków i niepokojów piękny walc.
Dmitri Shostakovich - The Second Waltz.





Lubię...

Wychodzę przed dom i widzę dużo zieleni. Zieleń jest w ogrodzie i wokoło. Wysokie drzewa rosną wzdłuż ulic mojej miejscowości. Ale największym ich skupiskiem jest pobliski las. Wchodzę do niego i czuję zapach.  Bardzo tajemniczy i wyciszający jest  szum, który mnie właśnie otacza. Ruszają się pod powiewem wiatru tylko wierzchołki drzew. Jest cisza i spokój.  Nawet chwilowy pobyt w lesie jest wspaniałym relaksem.
Takich mniejszych i większych lasów i lasków jest w całej Polsce wiele. Puszcza Białowieska jest jedna. Przetrwała ponad tysiąc lat, widziała wojny i różne zagrożenia, ale zawsze wychodziła z tych zagrożeń obronną ręką. Była naszą dumą i świadectwem naszego stosunku do przyrody. Aż do dziś. Dziś wkroczyli tam pracownicy leśni ze sprzętem i tną drzewa. Argument naszego pana ministra jest jeden - zagrożenie kornikiem. Zastanawiam się nad logiką tej wypowiedzi. To jak to jest? Przez stulecia puszcza radziła sobie z kornikiem, a teraz nie potrafi? A może chodzi o coś jeszcze innego. Ostatnio przeczytałam w internecie, że gdyby przerwano wycinkę w puszczy to ponieślibyśmy straty sięgające 3,24mld zł. O co tu chodzi? O jakich stratach jest mowa?. Wszystko to jest dla mnie nie tylko dziwne i niezrozumiałe, ale też bulwersujące. Wiem, że mój głos jest zbyt nikły, aby mógł zostać usłyszany przez decydentów, ale mimo to powiem. Nie zgadzam się na wycinkę drzew w Puszczy Białowieskiej. 

Od dziś mogę wstawiać zdjęcia.

 

Dziś od wczesnego ranka bawię się w ogrodniczkę. Wstałam o godzinie 5 i do godziny 10 wypełłam truskawki, poziomki i maliny. Pracę skończyłam w samą porę. Właśnie zaczęła się duchota i resztę czasu można już tylko spędzić w mieszkaniu z włączonym chłodnym nawiewem. Nawet na tarasie nie da się posiedzieć, tak jest gorąco, chociaż zacienia go brzoza rosnąca u sąsiadów i nasze dwa zielone drzewka

Na zdjęciu widać zacienione miejsce ze stolikiem i ławami u nas na działce. Ta zieleń u góry i z boku to krzew kiwi drobnoowocowego. Zwykle krzew ten owocuje  ogromnie. Dojrzałe owoce są wielkości pomidorków koktajlowych. W tym roku wczesną wiosną  zawiązki owoców obmarzły i teraz tylko gdzieniegdzie widać małe kiwi. Ptaki są biedne, bo kiwi były ich smakołykiem. Teraz łobuzy rzuciły się na nasze borówki amerykańskie i dziobią je bez litości. Dla nas pewno niewiele tych borówek zostanie.

Sierpień to jeszcze wciąż lato, ale na bluszczu u nas na tarasie widać już zapowiedź jesieni. Liście zmieniają kolor. Niedługo będę śpiewała A mnie jest szkoda lata. Dziś posłucham piosenki ze słowami Emanuela Schlechtera, z muzyką Adama Lewandowskiego w wykonaniu Jerzego Połomskiego.





Czy jestem sentymentalna?

Dziś pojechaliśmy z mężem do jego rodziny z życzeniami imieninowymi do Anny. Dzień był jasny przy niebie zasnutym chmurami i siąpiącym deszczu. Musiałam mrużyć oczy, bo światło mnie raziło. Nic dziwnego. Rano, ni z gruszki, ni z pietruszki, dostałam silnego zapalenia prawego oka. Zalewałam się łzami.  Oko mocno mnie kłuło. Po drodze wstąpiliśmy do apteki po krople, które szybko pomogły i dalsza droga odbywała się już bez zakłóceń.

Patrzyłam przez okno samochodu i podziwiałam piękno polnych dróg wzdłuż których ciągnęły się uprawne pola, a przy drodze wyjątkowo urokliwe, wysokie kwiaty polne. Było mi dobrze. Obok mnie siedział mój mąż. Jechaliśmy do wsi z której pochodził, a w której teraz mieszkała jego rodzina.

Nagle odżyły moje wspomnienia. Cofnęłam się do dnia, w którym jako narzeczona przyszłam do domu moich przyszłych teściów z moim przyszłym mężem. W swoich wspomnieniach zobaczyłam późniejszą teściową i teścia, oraz ciotki i rodzeństwo, którzy przyszli mnie zobaczyć. Wszyscy byli dla mnie bardzo mili. Uśmiechali się i dyskretnie ale też uważnie obserwowali mnie i słuchali, co mówiłam. A ja byłam mocno spięta  i zestresowana, bo chciałam dobrze wypaść w roli przyszłej synowej i kuzynki dla ciotecznego rodzeństwa, więc język mi się zacinał i plątał.
Dziś, gdy patrzę na dziewczynę z przeszłości, to widzę niedoświadczoną młodą osobę, która dopiero zaczęła poznawać życie. Mogłabym powiedzieć, że zobaczyłam kompletną gęś i co gorsza wtedy zebrana rodzina też to mogła zobaczyć. Uśmiechałam się do wszystkich jakby chcąc zjednać ich sobie choćby moim uśmiechem.
Później z przyszłym mężem poszliśmy popływać po rzece, do której było bardzo blisko i do dziś mam w oczach obraz starej odnogi Narwi ze zwieszającymi się gałęziami i nas oboje w łódce. Było cicho. Słychać było tylko plusk wioseł i było tak dobrze, jak nigdy dotąd.
A później powrót pieszo do mojego domu rodzinnego. Było już ciemno, a my oboje z moim przyszłym mężem  szliśmy wolno drogą. Była bliskość między nami i było bardzo romantycznie. Z otwartych okien domów mijanej właśnie wsi słychać było muzykę dochodzącą z radia. Do dziś ten obraz wywołuje we mnie wzruszenie. Wtedy chciałam, żeby ta droga nie miała końca, taka byłam szczęśliwa.

Zastanowiłam się przez chwilę, czy gdybym mogła, to zmieniłabym coś w swoim życiu? I myślę, że nie. Wszystko było potrzebne. I początkowy idealizm i późniejsze doświadczenia nie zawsze przyjemne, a czasami wręcz bardzo dramatyczne. To wszystko było potrzebne, aby duże dziecko przekształciło się w doświadczoną kobietę.

Zamyśliłam się.

Potęga miłości w wykonaniu Jennifer Rush. 
 

Zapiski starszej pani.

Starsza pani. Jakże to określenie do mnie nie pasuje. Myślę tak dopóki nie próbuję się podnieść z krzesełka lub nie przechodzę przez drzwi. Przy podnoszeniu się czuję swój ciężar najpierw w kolanach, a później w innych częściach ciała, a przy przechodzeniu przez drzwi zdarza się już dosyć   często, że zamiast w przerwę między framugami, trafiam we framugę i obijam się o nią boleśnie. Jeszcze nie jest to starość z jej mocnymi ograniczeniami ruchowymi i intelektualnymi, ale miłe to nie jest.
Mija właśnie kolejny dzień. Na dworze jest mocna szarówka. W mieszkaniu cicho i spokojnie. Słychać tylko szum pracującego komputera. Przed chwilą skończyłam maglować uprane i wysuszone ścierki i powleczenie na pościel. Jutro przebiorę swoje rzeczy i zapakuję w worek te, w których już dawno nie chodziłam, a tylko wiszą na wieszakach i zajmują miejsce. Teraz jest czas na relaks, czyli poezja i piękna muzyka.

Staff Leopold

Wieczór

Wieczór swe nieme usta kładzie mi na czole
Pocałunkiem ukojnym łagodnej oliwy.
Daleki mi jest smutek, obce mi wesele,
Nie czuje się szczęśliwy ani nieszczęśliwy.

Jestem czymś poza wszystkim, acz tkwię w świata łonie,
Bezgranicznie swobodny, choć w bezwładzie leżę,
Jednając zło i dobro, jako łączy dłonie
Dwóch wrogich przeciwników śpiące w nich przymierze.


Ennio Morricone Once upon a time in the West.

 


 

Środa, czyli środek tygodnia.