Zachciało mi się bawić w ogrodniczkę.
Polazłam do ogródka, a dzień był zimny, dżdżysty i wietrzny.  Posadziłam krzaczki poziomek i truskawek. Trochę opełłam posadzone wcześniej maliny i wróciłam do domu już trochę podziębiona. Pomyślałam: - Dam sobie radę. Do jutra nie będzie śladu żadnego zaziębienia. Ale następnego dnia kichałam i smarkałam na zmianę. Co gorsza moje domowe leki nie spisywały się tym razem należycie i efekt jest taki, że dziś siedzę w domu z nogami w misce z bardzo ciepłą wodą, przede mną stoi naleweczka z malin, co ją sama w lecie robiłam i zaparzona lipa. Spociłam się już jak mysz w połogu, a katar nic. Jakby go to zupełnie nie ruszało. Grzecznie do niego mówię: - Poszedł won ode mnie! - ale on udaje, że nie słyszy.Tyle lat ogródek mnie zupełnie nie obchodził i teraz na starość nagle coś mi odbiło. Ale już wyobrażam sobie krzaczki obsypane czerwonymi, pachnącymi owocami, do tego bez żadnych oprysków i innego świństwa, a moje prawnusiątka skubią owoce z zagonka. Samo takie wyobrażenie wprawia mnie od razu w dobru humor.
Kiedyś moja babcia suszyła dla nas jabłka, szykowała pestki słonecznika, a teraz ja mam już o kogo zadbać. Przyjdzie z mamusią i tatusiem taki szkrab, dla którego cały świat to na razie mama, tata i najbliższe otoczenie. Cieszy się, że kotek, który ma mięciutkie futerko dał się grzecznie pogłaskać. Myślę, że takie poziomki też mogą się dziecku podobać. A mam już prawnusiów czwórkę, toteż poziomek i innych owoców musi być sporo.
Na zakończenie dzisiejszego wpisu wstawiam piosenkę, którą lubią dzieci.

 

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

O Matko kochana