Ja o wiośnie, a tu dalszy ciąg zimy.

Ostatnia moja rehabilitacja była 16 stycznia i mam teraz ponad dwa tygodnie przerwy w jeżdżeniu na nią do Warszawy. I dobrze, bo właśnie mocno sypnęło śniegiem i zaczęły się zawieje. Wiatr jest tak silny, że gdzieś na zachodzie Polski przewrócił autokar. Aż trudno w to uwierzyć, ale fakt pozostaje faktem.
Snuję się więc po mieszkaniu i staram się nie wychodzić na zewnątrz. No i w związku z tym, mieszkanie powinno lśnić, na kuchni mogłyby gary parkotać, a z gotowanych potraw ulatniające się  zapachy stwarzałyby ciepłą atmosferę domową. A tu nic mi się nie chce. Rano nie wyskakuję z łóżka, tylko się gramolę i ciągle czuję chłód, który bardzo mi przeszkadza w zrobieniu czegokolwiek.  Jestem skurczona i opatulona w różne cieple ciuchy. Co jednak jest ciekawe w mieszkaniu jest około 20 stopni ciepła, czyli nie powinnam marznąć. I od razu przypominam sobie swoje wyjazdy do Warszawy kilkanaście lat temu też w czasie zimy, a ja byłam wtedy tylko w cienkich spodniach i było mi ciepło. Teraz pod spodnie zakładam ciepłe rajstopy, albo i dwie pary i nic nie pomaga. Jestem cały czas wychłodzona. Niewiele lepiej jest w lecie. Na słońcu trudno wytrzymać. Jest zbyt gorąco. Chyba popsuło mi się centralne ogrzewanie w organizmie.
Kiedyś zastanawiałam się nad tym, jak czuje się moja babcia, która miała mniej więcej tyle lat ile ja mam teraz i wtedy nie miałam zielonego pojęcia, jak to jest być starym człowiekiem. To nie tylko problem z chodzeniem, z poczuciem równowagi, ale też ze słabszą już wydolnością krążenia.

Na jedno jeszcze nie narzekam. Głowa pracuje mi zupełnie nieźle. Nie mam problemu z myśleniem, z pisaniem, z logicznym odbiorem rzeczywistości i ocenianiem różnych spraw.
Na razie nie ma we mnie niepokoju, co dalej będzie z moją sprawnością intelektualną, bo po co martwić się tym, na co nie mamy wpływu. Mam nadzieję, że do końca będę w pełni wydolna umysłowo. Na wszelki wypadek jednak staram się zrobić wszystko, aby nie dopuścić do najgorszego. Postanowiłam uczyć się języka angielskiego. Nauka ta idzie mi jak krew z nosa, ale ważne, że szare komórki pracują. W nauce tej nie wyszłam poza absolutne początki. Wciąż jestem zielona, jak trawa na łące. Pewno łatwiej by mi było uczyć się pod okiem instruktora, ale na razie nie mam takiej możliwości. Pierwszy problem - Mam trudności z połączeniem wymowy z zapisem wyrazów angielskich. W języku polskim można prześledzić artykulację głosek i związek różnych części narządów mowy z tą artykulacją. W języku angielskim trudno mi to wszystko złapać. Lektorzy mówią szybko i mało, jak dla mnie wyraźnie. Tak, że na razie ćwiczę walkę z wiatrakami. Ale coś trzeba robić, aby się nie stresować tym, co jest jeszcze przed nami.

Na zakończenie dzisiejszego wpisu coś na wyciszenie i zrelaksowanie się.
Ernesto Cortazar Album - Moments of Solitude.


Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

O Matko kochana