Obrazki z życia wzięte nr.2

Nie sądzę, aby groziła nam jakaś zawierucha w kraju, ale ponieważ polityka jest mocno niestabilna. obrazy te które wstawiam mają przypomnieć jak cenny jest pokój i normalne, spokojne życie ludzi.


Była noc. Wszyscy leżeliśmy już na zbitej z desek pryczy, gdy zaczął się zbliżać front. Słychać było warkot samolotów, huk rozrywających się bomb i padających coraz bliżej pocisków. Rodzice zdecydowali, że trzeba się gdzieś ukryć. Pierwszy pomysł był, aby front przeczekać w piwnicy, do której było wejście z mieszkania przez klapę w podłodze. Na szczęście, ten pomysł nie został zrealizowany, bo spalilibyśmy się razem z domem. Nie było czasu, aby się ciepło ubrać. Babcia wyszła tylko w szlafroku. Ogarnęła nas ciemna noc rozjaśniana zrzucanymi z samolotów girlandami  świateł. Widok nieba był piękny, majestatyczny, pełen spokoju i groźny jednocześnie. Szybko doszliśmy do najbliższych zabudowań i ojciec próbował wejść z nami do piwnicy zrobionej w ziemi na podwórku, ale właściciel tej piwnicy wypchnął nas na zewnątrz, mówiąc, że pognieciemy mu kartofle. Schroniliśmy się na ganku opuszczonego domu. Do dziś widzę pod powiekami obijające się o ścianę i wiszące na jednej zawiasie okno.
I nagle oślepił nas błysk i ogłuszył huk rozrywającego się pocisku, który trafił w stodołę kilka metrów od nas. Wtedy ojciec siłą wdarł się do piwnicy i tu przeczekaliśmy największy atak. Rano zobaczyliśmy już Rosjan, którzy nie tylko zajęli całą miejscowość, ale poszli dalej. Wśród ruin i zgliszcz pozostałych po ataku kręciły się zwierzęta, wśród nich nasza cielna krowa. Domu, w którym udzielono nam gościny nie było. Spłonął.
Rodzice postanowili, że ojciec z krową pójdzie pieszo przez zryte pociskami i często zaminowane tereny do swojej rodziny, a mama z nami i z babcią postara się dojechać tam jakimś transportem wojskowym. Była zima. Dotarliśmy do najbliższego miasteczka. Widok był ponury. Wszędzie ruiny,  gruzy i zgliszcza. Ocalałe domy opustoszałe. Przed wejściem do piętrowego budynku leżał zabity koń. Zatrzymaliśmy się w tym budynku, aby dać babci trochę czasu na otrząśnięcie się z pierwszego szoku po przeżytych traumatycznych chwilach. Okna były powyrywane. Żeby nie zamarznąć trzeba je było samodzielnie jakoś uszczelnić. Po zupę mama chodziła do wojskowej kuchni polowej. Innych możliwości wyżywienia rodziny nie było.
Dzięki naszej mamie, która dowódców wojskowych poprosiła o pomoc dojechaliśmy w pobliże rodzinnej wsi ojca, resztę drogi przebyliśmy częściowo pieszo, częściowo furmanką, na którą zabrał nas jakiś gospodarz.
Dotarliśmy na miejsce. Na nasze spotkanie wyszła zapłakana stryjenka, która powiedziała, że nie żyje brat naszego ojca. Zginął tragicznie.
Stryj był sołtysem i pojechał do sąsiedniej wsi na zebranie sołtysów. Wjechał na podwórko siostry swojej żony i z okna wychylił się jego siostrzeniec, mały chłopiec ze strzelbą w ręku. Zażartował: - Zabiję wujka! To był jeden strzał. Trafił prosto w głowę. Strzelba była żołnierza, który przyjechał do domu na urlop, postawił ją w kącie i zapomniał ją zabezpieczyć.

Ojciec z krową dotarł do nas za jakiś czas. Zaczęły się opowieści, kto zginął i w jaki sposób. Rodzice natychmiast wysłali brata do gimnazjum do pobliskiego miasteczka. Ciotka na strychu znalazła jakieś stare pantofle na podwyższonym obcasie i w tych pantoflach brat zaczął naukę. Nikt się dziwił, że jest tak ubrany. Jego koleżanka była w Oświęcimiu i stała z matką w kolejce do komory gazowej i z tej kolejki wycofała je kapo. Jakie znaczenie miały buty.

Po tych przeżyciach, gdy byłam dorosła i miałam już swoje małe dzieci, to wieczorami biegałam do okna, aby zobaczyć, czy gdzieś nie widać czegoś niepokojącego, np. jakiegoś błysku.

Na zakończenie dzisiejszego wpisu piosenka często śpiewana w rodzinnej wsi ojca przez moje starsze siostry cioteczne.



12 komentarzy:

  1. Takie wspomnenia zostają w nas na zawsze

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. To prawda. I przypominają o tym jak blisko jest od spokoju do zawieruchy. Pozdrawiam serdecznie.

      Usuń
  2. Szczególnie w tych politycznie tak stresujacych czasach... nie wiem, jak kto, ale w zeszlym tygodniu, to ja wpadalam w regularna panike.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ja boję się nieodpowiedzialnych działań rządzących. Wolę już ciepłą wodę w kranie.

      Usuń
  3. Bardzo poruszające wspomnienia.
    Serdecznie pozdrawiam :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Są w człowieku takie przeżycia, które siedzą ciągle. Jest to groza, która się dzieje lub działa. Myślę, że swoich przeżyć z tragicznej nocy trudno będzie się pozbyć harcerzom z Suszka. Chyba, że objęci zostaną opieką psychologiczną.Również serdecznie Cię pozdrawiam.

      Usuń
    2. Marysiu, to jeszcze ja. Nie na temat. Połowa sierpnia to czas kiedy na Bałkanach robi się różne rodzaje past (ajvar, kiopołu, lutenica m.in. z pomidorami w składzie). Je się to jako przystawkę lub dodatek do drugiego dania (można stosować do kanapek). Pomyślałam o Twoich pomidorkach. Daj znać, jeśli Cię to zainteresuje. Buziaki :))

      Usuń
    3. Bardzo mnie interesują te przepisy. Dziękuję, że pomyślałaś o mnie i moim letnim hobby. Już mam zastawioną słoikami całą piwnicę, a miałam w tym roku nic nie robić. Ale robienie przetworów jest silniejsze od rozsądku Ściskam Cię bardzo mocno i czekam na nowe przepisy.

      Usuń
    4. Marysiu, wiem, że lubisz eksperymentować, a te pasty dają taką możliwość. Lutenicę robi się z pomidorów i papryki (proporcja 1:1). Pomidory powinny być zmiażdżone (moja teściowa zdejmowała z nich skórkę, ale mało kto tak robi). Paprykę należy podpiec na grillu (lub w piekarniku), usunąć gniazda nasienne, zdjąć skórkę (schodzi łatwo) i zmiażdżyć. Dziś większość ludzi mieli te 2 składniki. Przekłada się je do garnka lub bardzo głębokiej patelni, z olejem na dnie (+-100-150 ml na 1kg. papryki+1kg.pomidorów). Dodaje się sól, pieprz, czosnek, a pod koniec pęczek drobno pokrojonej natki. Ilość dodatków, także oleju, dowolna, w zależności od gustu. Pasta jest gotowa jak wyparuje woda z pomidorów (po zamieszaniu powinien pozostać ślad łyżki). Przekłada się ją do słoików i pasteryzuje 15-20 minut. Jak będę miała chwilkę, to może w sobotę lub w niedzielę napiszę o tym, jak się robi ajwar i kiopołu. Dziś mój mąż zrobił smażoną cukinię. Próbowałaś?
      Serdecznie pozdrawiam :))

      Usuń
    5. Smażonej cukinii nigdy nie jadłam. Przepis na lutenicę wygląda smakowicie. Spróbuję go dziś zrobić. Nigdy nie grillowałam papryki. Będzie to dla mnie nowość.Bardzo, bardzo Ci dziękuję i mocno ściskam.

      Usuń
    6. Paprykę grilluje się na Bałkanach często, kiedy skórka zaczyna brązowieć w niektórych miejscach, łatwo ją zdjąć.
      O cukinię zapytałam, bo wspominałaś, że "przyszła" do Ciebie (czy się mylę?). Polecam smażoną na patelni na oliwie (lekko posolone, cienkie plasterki obtoczone w mące lub tylko posolone - my robimy i tak, i tak).
      Buziaczki, Marysiu :)

      Usuń
  4. Bardzo dziękuję za wszelkie informacje kulinarne. Cukinia rosła w ogródku u sąsiadki i przelazła przez siatkę na moją stronę. W taki oto sposób mam dwie okazałe cukinie, bo sąsiadka twierdzi, że są moje. Jej kilka krzaczków pięknie obrodziło. No i wymyślam różne smakołyki, a mój mąż tylko patrzy bez żadnego zachwytu. Twierdzi, że i tak tego wszystkiego, co zrobiłam, sami nie zjemy. A wnuczki nie chcą moich wyrobów. Wolą kupić gotowe. Buziaki.

    OdpowiedzUsuń

O Matko kochana