Jest to grafika wykonana przez amatora i dyletanta w jednej osobie, czyli przeze mnie. Bardzo się cieszę, bo udało mi się wstawić ją do bloga. Nie znam programu potrzebnego do tworzenia takiej pracy. Liznęłam zaledwie odrobinę wiedzy. To coś, co utworzyłam nie ma nazwy. Są to różne kolory, kształty i ich rozmieszczenie, ale z całości jestem zadowolona. W końcu profesjonalnym grafikiem nie muszę być, aby się trochę pobawić tworzeniem takich "arcydzieł". A zabawa jest bardzo sympatyczna.
Właśnie moi dwaj prawnusiowie pojechali wczoraj do mamy i dzisiaj mam trochę czasu do zagospodarowania.
Skoro mi ta pierwsza grafika wskoczyła do bloga, to spróbuje jeszcze wstawić następną, aby utrwalić sobie nową umiejętność.
Za oknami ciemno, mokro i zimno. Jesień. I to nie ta kolorowa, pełna zapachu kartofli pieczonych w żarze ognisk, ale ta rozpłakana, stukająca deszczem o szyby. To czas różnych opowieści, baśni i poezji. Jesień na dworze. Jesień życia.
A w domu cieplutko i miło. Jasne światło żarówki stwarza nastrój, w którym pomieszane są tęsknoty, myśli i emocje. Jesień to czas na lekturę książek, na różne drobne robótki, na rozwiązywanie krzyżówek i popijanie rozgrzewających herbatek i nalewek.
Obok mnie leży stos książek wypożyczonych z biblioteki. Na regałach stoją zakupione moje własne książki. Nigdy nie umiałam spokojnie minąć księgarń. Zawsze w nich coś dla siebie znajdowałam. Mam całkiem spory zbiór książek. To przede wszystkim regał ze słownikami, pozycje z językoznawstwa i literaturoznawstwa, ale też trochę psychologii, jakieś pozycje z filozofii, no i całkiem spory zbiór literatury pięknej, w tym poezja, którą bardzo lubię.
Dziś wiersz ukazujący zalety jesieni Jonasza Kofty.
Jonasz Kofta
Tylko jesienią.
Może to jest zły objaw może nie ta melodia
Człowiek znowu roztajał i boli
Znowu rosną rośliny znowu drżą mi kończyny
Znowu kicham od pyłku topoli
Bo czy wiosna jest taka radosna
Tak co roku zaczynać od nowa
Znowu męczy się Eros
Nie smakuje papieros
Nie mam siły na nowo kiełkować
Nie ten czas nie to w nas najłaskawsze
Nie ten cud nie ten miód
Już na zawsze
Może kiedyś represje depresji się zmienią
Ale tylko jesienią jesienią
Nie ten ton w wielki dzwon
Do uniesień
Ja mam czas ja poczekam
Na jesień
Bo się w końcu depresje w impresje odmienią
Ale tylko jesienią jesienią
Szumi w głowie powietrze, włos się burzy na wietrze
I zielone głupiutkie listeczki
Coś nawiedza Cię we śnie znowu pierwsze czereśnie
Beznamiętnie upychasz do teczki
Bo czy wiosna jest taka radosna
Zdjąłem czapkę kalosze i palto
Znowu zieleń pokoleń
Budzi w nas melancholię
I w ogóle czy dalej warto
Przyjdą burze wiosenne wezmę proszki nasenne
I tak jakoś doczekam jesieni
I pogodzę się z łóżkiem nic nie będę pić duszkiem
Bo wesołe jest życie staruszka
Jesień wleje nam olej do główki
Po co męczyć i rzucać się
Bo wiadomo jesienią
Złe się chwile odmienią
Z drzew opadać będą stuzłotówki
Nie ten czas nie to w nas najłaskawsze
Nie ten cud nie ten miód
Już na zawsze
Może kiedyś represje depresji się zmienią
Ale tylko jesienią jesienią
Nie ten ton w wielki dzwon
Do uniesień
Bo się w końcu depresja w impresje odmienią
Ale tylko jesienią jesienią.
Życie - stary sposób na zbieranie zdziwień Kończy się dość jednak nieszczęśliwie- bowiem śmiercią.I choć tyle miewa znaczeń... Nie słyszałem, by skończyło się inaczej. Żyj Jakiś sens przy tym miej Bowiem żyć, samo żyć - nie wystarczy za sens. Miej nadzieję na szczęściePowiedzmy od września... Miej nadzieję...... i na tym poprzestań.
"Okrucieństwo wojny polega na tym, że zachwianiu ulegają zasady moralne:
zło przestaje być złem, a dobro - dobrem." Bernard Russell.
.........................................................
Rodzice mojego męża z dwojgiem dzieci zostali w czasie wojny wywiezieni na roboty
przymusowe do Prus Wschodnich. Szczęśliwie ten transport wszyscy przeżyli. W przepełnionym pociągu mój mąż wdrapał się
na plecy jakiemuś mężczyźnie, a jego brata - trzylatka ludzie trzymali na rękach nad
głowami. Jechali w wagonach bydlęcych w takiej
ciasnocie, że jedno małe dziecko zostało uduszone. Moi teściowie już na miejscu, gdzie mieli pracować u bauera otrzymali izbę w domu, gdzie było tyle szczurów,
że chleb schowany dla dzieci do beczki dokładnie przykrytej zniknął w
ciągu jednej nocy. Wkrótce ojciec trafił do obozu, a matka chodziła do
pracy na polu. Trzyletnim bratem opiekował się dziesięcioletni wtedy chłopiec, dziś mój
mąż. Chłopcy skoro świt wychodzili z domu i ukrywali się w różnych
miejscach, bo bauer chciał ich odebrać matce. Ponieważ bauer u którego pracowała na polu moja teściowa nie dawał im należnych deputatów żywnościowych, moja teściowa poszła ze skargą na niego do Niemców w sąsiednim miasteczku. Niemcy porozumieli się z sołtysem wioski, ustalili, ze moja teściowa mówi prawdę i obiecali pomoc. Załatwili powrót jej męża do rodziny. Ojciec po pobycie w
obozie miał poranione całe plecy, wychudł ogromnie i stracił zdrowie.
Tego zdrowia nie odzyskał już nigdy.
Wojna się skończyła.
Gdy ogłoszono jej koniec, ludzie zaczęli wracać do swoich
wcześniejszych miejsc zamieszkania. Rodzina mojego męża
wróciła do miejscowości, gdzie wcześniej była ich rodzinna wioska.
Zastali zrytą pociskami i w wielu miejscach zaminowaną jeszcze
ziemię. W okopach, widniejących na polu leżeli polegli żołnierze.
Jak okiem sięgnąć nie było widać żadnego domu. Las był tak
zbity przez pociski, że nie było ani jednego całego drzewa. Ścięte
zostały, jak zboże z czasie żniw. To rosyjskie katiusze położyły
ogień artyleryjski na las i zniszczyły go doszczętnie.
Była wiosna i szybko trzeba było sklecić jakieś miejsce do
noclegu dla ludzi i dla hodowlanych zwierząt. Jedni budowali szopy z
bali wyciąganych z okopów, inni zamieszkiwali ocalałe piwnice.
Zaczęło się budowanie wszystkiego od podstaw. Bieda była
wszędzie. Chłopcy biegali po ugorach i zbierali kłosy z kępek
zboża. Ziarno wyłuskiwano, mielono domowym sposobem i z tej mąki
pieczono podpłomyki dla dzieci.
Zaraz po powrocie moi teściowie z dziećmi poszli do kościoła. Na
placu zeszli się ludzie z całej okolicy. Spotkali się kuzyni, znajomi.
Wszyscy cieszyli się ze spotkania, opowiadali o swoich przeżyciach.
Później weszli do środka i chociaż cały kościół był zapełniony tak, że
głowa była przy głowie, zapanowała uroczysta cisza.
Ksiądz wyszedł przed ołtarz i zaintonował: - Wesoły nam dziś dzień nastał...
W kościele rozległ się szloch. Płakali wszyscy. Płakały kobiety,
płakali mężczyźni, płakały dzieci. Nikt nie wstydził się łez. Nie było
człowieka, który nie byłby wzruszony. Pamięć niedawnych cierpień,
strachu, niepewności, zagrożenia, mieszały się z wiarą w lepsze jutro.
Zniszczone mury kościoła rozbrzmiewały pieśnią łączącą w sobie radość i
nadzieję. Nad głowami wiernych nie było dachu i widać było błękitne niebo.
Bieda była wszędzie, chociaż zniszczenia wojenne nie były jednakowe w całym kraju. Tu gdzie przechodził front i były walki teren został zryty pociskami, a reszty dopełniły pożogi. Ale były także wsie, gdzie domy pozostały. Do takiej wsi trafili moi rodzice z nami i z babcią.
Moi rodzice - nauczyciele - rozpoczęli pracę w małej wsi
koło Puszczy Białej. Początkowo nie otrzymywali żadnego
wynagrodzenia. Rodzice uczniów z wdzięczności przynosili, co kto
mógł: trochę mąki, trochę innych produktów. Jadło się to, co
urosło w ziemi i co można było zrobić z mleka. Krowę
mieliśmy swoją, rodzice postarali się o owce, kury, prosiaki,
króliki, pszczoły. Było całe gospodarstwo. Po podstrzyżynach
owiec, babcia na kółku przędła wełnę, a mama z tej wełny
robiła nam na drutach swetry. Gotowe ubrania były bardzo drogie i
można je było dostać tylko w nielicznych sklepach w mieście.
Chleb sprzedawany był tylko w pobliskim mieście oddalonym od nas
o 6 km i bardzo trudno było go dostać. Kiedyś ojciec ogromnie
ucieszony przyniósł z miasta bochenek i opowiedział, jakim
sposobem go dostał. Wszedł z trudem do sklepu, bo tak był on
wypełniony ludźmi, którzy czekali na dostawę pieczywa i
zażartował: - A gdzie jest mój chleb? - A to dla pana miał
być chleb - powiedziała sprzedawczyni i podała ojcu bochenek spod
lady.
Nawet już kilka lat po zakończeniu wojny, gdy byłam już w szkole średniej i mieszkałam w internacie dostawaliśmy cztery kromki chleba na śniadanie i z tej porcji trzeba było sobie zrobić drugie śniadanie do szkoły. Do chleba było to, co przywieźli rodzice do stołówki szkolnej. Ja dostawałam od rodziców kawałek solonej słoniny do chleba . Kroiło się ją w cieniutkie plasterki. Smakowała, jak dzisiaj najlepsza szynka.
Chociaż wojna się skończyła, to wciąż ginęli ludzie we wsiach. W lesie
grasowała banda. W nocy członkowie bandy zachodzili do pobliskich wsi, wyciągali sołtysów, ludzi
należących do partii, czy tych, co brali ziemię z podziału majątków
dawnych dziedziców i zabijali ich. Dziś ci ludzie z dawnych band nazywani są żołnierzami wyklętymi.
Do dziś te czasy kojarzą mi się z piosenką śpiewaną wtedy wszędzie.
Lubię poezję. W poezji pana Młynarskiego skondensowana treść ubrana jest w proste słowa.
Róbmy swoje
Raz Noe wypił wina dzban
I rzekł do synów: Oto
Przecieki z samej Góry mam -
Chłopaki, idzie potop!
Widoki nasze marne są
I dola przesądzona,
Rozdzieram oto szatę swą -
Chłopaki, jest już po nas!
A jeden z synów - zresztą Cham -
Rzekł: - Taką tacie radę dam:
Róbmy swoje!
Pewne jest to jedno, że
Róbmy swoje!
Póki jeszcze ciut się chce,
Skromniutko, ot, na własną miarkę
Zmajstrujmy coś, chociażby arkę! Tatusiu:
Róbmy swoje! Róbmy swoje!
Może to coś da - kto wie?
Raz króla spotkał Kolumb Krzyś,
A król mu rzekł: Kolumbie,
Pruj do lekarza jeszcze dziś,
Nim legniesz w katakumbie!
Nieciekaw jestem, co kto truć
Na twoim chce pogrzebie,
Palenie rzuć, pływanie rzuć
I zacznij dbać o siebie!
A Kolumb skłonił się jak paź,
Po cichu tak pomyślał zaś:
Róbmy swoje!
Pewne jest to jedno, że
Róbmy swoje,
póki jeszcze ciut się chce!
I zamiast minę mieć ponurą,
Skromniutko, ot, z Ameryk którą odkryjmy...
Róbmy swoje! Róbmy swoje!
Może to coś da - kto wie?
Napotkał Nobla kumpel raz
I tak mu rzekł: - Alfredzie,
Powiedzieć to najwyższy czas,
Że marnie ci się wiedzie!
Choć do doświadczeń wciąż cię gna,
Choć starasz się od świtu,
Ty prochu nie wymyślisz, a
Tym bardziej dynamitu!
A Nobel spłonił się jak rak,
Po cichu zaś pomyślał - jak?
Róbmy swoje!
Pewne jest to jedno, że
Róbmy swoje,
póki jeszcze ciut się chce!
W myśleniu sens, w działaniu racja,
Próbujmy więc, a nuż fundacja - wystrzeli?
Róbmy swoje! Róbmy swoje!
Może to coś da - kto wie?
Ukształtowała nam się raz
Opinia, mówiąc: - Kurczę,
Rozsądku krztyny nie ma w was,
Inteligenty twórcze!
Na łeb wam wali się ten kram,
Aż sypią się zeń drzazgi,
O skórze myśleć czas, a wam?
Wam w głowie wciąż drobiazgi!
Opinia sroga to, że hej,
Odpowiadając przeto jej:
Róbmy swoje!
Pewne jest to jedno, że
Róbmy swoje!
Bo jeżeli ciut się chce,
Drobiazgów parę się uchowa:
Kultura, sztuka, wolność słowa - Kochani,
Róbmy swoje! Róbmy swoje!
Może to coś da - kto wie?
Rodacy!
Róbmy swoje!
A Ty, Widzu, brawo bij!
Róbmy swoje!
A Ty zdrowie nasze pij!
Niejedną jeszcze paranoję
Przetrzymać przyjdzie - robiąc swoje! Kochani,
Róbmy swoje! Róbmy swoje!
Żeby było na co wyjść!
Suplement:
Minęły lata, proszę Pań,
I chmurzy lico moje,
Że dziś wczorajszy byle drań
Też śpiewa "Róbmy swoje!".
I w mądrych ludziach przygasł duch,
Choć ciągle im tłumaczę,
Że gdy to samo śpiewa dwóch,
To nie to samo znaczy!
Inteligencie, wstydź się waść!
Nie pozwól sobie śpiewki kraść!
Wersja I (Róbmy Swoje'95):
Róbmy swoje!
Kładźmy zbroje pełne wgięć!
Róbmy swoje!
Wróćmy słowom sens i chęć!
Twarz wróćmy słowu - bo bez twarzy
Największe słowo nic nie waży! Rodacy!
Róbmy swoje! Róbmy swoje!
Na tym dziś się skupmy
I z uporem róbmy swoje '95!
Wersja II:
Róbmy swoje,
By tę paranoję znieść!
Róbmy swoje!
Wróćmy słowom sens i treść!
Twarz wróćmy słowu - bo bez twarzy
Największe słowo nic nie waży! Rodacy!
Róbmy swoje! Róbmy swoje!
By wyjść było na co
By wyjść było na co
I by było za co zjeść!
Mówi się - czas płynie; czas pędzi; nie mam czasu. Co to jest ten czas?
Wielki uczony Albert Einstein zajmował się tym tematem i nie tylko on. Nie jestem fizykiem. Dla mnie czas wyznacza okres naszego życia i ogranicza to życie. A ja nie lubię ograniczeń.
Moja Mama mówiła kiedyś:
- Im dłużej człowiek żyje, tym szybciej czas płynie.
Miała rację. Pamiętam, gdy byłam małą dziewczynką, rok szkolny trwał prawie wieczność. Trudno było sobie wyobrazić, co będzie za rok, czy nawet pół roku. Po szkole podstawowej czas przyspieszył i zaczął pędzić.
Do emerytury były to już milowe kroki, na które składały się wciąż jeszcze różne oczekiwania, nadzieje, marzenia, plany. Dziś, gdy od wielu lat nie pracuję już zawodowo, mam poczucie jakby czas
zatrzymał się w miejscu, tylko niepokojąco szybko przybywa mi lat.
Nagle zaczęłam odczuwać żal, że nie mam już tak młodej twarzy jak dawniej, szczupłej sylwetki i tak lekkich ruchów jak kiedyś.
Nie mam już także tych możliwości, które kiedyś były prawie w zasięgu ręki. Bardzo możliwe, że nie korzystałabym z nich, ale myślę, że dobrze byłoby mi żyć ze świadomością, że jeszcze wszystko jest możliwe i tylko ode mnie zależy jakiego dokonam wyboru.